Recenzja "Kochanie, zabiłam nasze koty" w wortalu granice.pl

Fabuła książki jest wyjątkowo prosta. Poznajemy dwie przyjaciółki – Farah i Joanne. Farah – prawdopodobnie imigrantka z któregoś krajów arabskich, jest boleśnie brzydka, a ponadto dotknięta setką różnego rodzaju natręctw. Wszystko to sprawia, że ludzie raczej jej unikają. Unika jej też pewien student hungarystyki. Gdy jego znajomość z Joanne staje się coraz bardziej zażyła, obie młode kobiety coraz bardziej oddalają się od siebie. Farah głęboko skrywa pożądanie – trudno powiedzieć, czy bardziej kierowane w stronę dawnej przyjaciółki, czy też jej partnera – przykrywając je pogardą wobec obojga. Gdy przypadkowo trafia na wernisaż jednej z offowych wystaw, poznaje Go, która wydaje się zupełnym jej przeciwieństwem. Paradoksalnie jednak kobieta ta ma szansę odmienić jej życie. Ale czy rzeczywiście jest to możliwe? 


Totalnie po polsku

Pod jednym względem nowa powieść Masłowskiej jest bez wątpienia wybitna – pod względem języka. Słuchu językowego autorce mogliby pozazdrościć najwybitniejsi polscy profesorowie-filolodzy. Rada Języka Polskiego mogłaby zamiast setek badaczy poszukujących kalek językowych we współczesnej polszczyźnie zatrudnić jedną tylko Masłowską, a efektywność i jakość badań wcale by na tym nie ucierpiały. Kalek (dwuznaczność jak najbardziej zamierzona) są w jej powieści setki – jeśli nie tysiące. „Aktualnie więc mam nadzieję, że będą Państwo lubili moją nową książkę. I że zrobi ona Państwa dzień” – zapowiada sama autorka swą powieść. A po otwarciu książki jest jeszcze lepiej. „Totalnie”, „Zupełnie specjalnie”, „Aktualnie” - i setki podobnych językowych „potworków” gromadzą się na stronach jej powieści, wzbudzając uśmiech czytelnika lub… pozostając dla niego zupełnie obojętnymi. Bowiem – niestety – ten współczesny, raczej paskudny, poddany globalizacji język, staje się już dla nas zupełnie przezroczysty. Wszyscy tak często przecież „mówimy kalkami (kalekami?) językowymi”, choć często jesteśmy tego najzupełniej nieświadomi. Coś, co raziło nas wczoraj, jest już dzisiaj zupełnie normalne. A będzie jeszcze gorzej (czyli – lepiej, oczywiście). 

 

W krainie Google Translate…

 W języku zresztą jedynie odbija się świat, w którym współcześnie żyjemy. Świat boleśnie homogeniczny, zupełnie pozbawiony granic czy cech jakiejkolwiek tożsamości. Tu „mową ojczystą jest Google Translator”. Choć jedna z głównych bohaterek – Farah – nosi imię arabskie, równie dobrze mogłaby ona pochodzić właściwie z dowolnego kraju i być imigrantką w dowolnym mieście dowolnego państwa świata. Choć nazwy dzielnic czy ulic ujęte w powieści wydają się anglojęzyczne, autorka równie dobrze mogłaby pisać o Warszawie, Londynie, Nowym Jorku czy Brukseli. Dziś na całym świecie żyje się tak samo. Dziś każde miasto, każdy kraj traci swe cechy wyróżniające na rzecz homogenicznej architektury, kultury. Homogeniczny staje się też styl życia, identyczny we wszystkich miastach całego świata. Homogeniczna jest zarówno popkultura, jak i kontrkultura na całym świecie. Kontrkultura wydaje się zresztą w powieści Masłowskiej przede wszystkim pozą, sposobem na poszukiwanie własnego miejsca, własnej tożsamości i własnego szczęścia. Widać to szczególnie mocno na przykładzie jednej z bohaterek. Margo każe nazywać się „Go” (od Gosi, czy raczej „Goszy”), twierdząc, że pochodzi z Polski (kraju w „byłej Jugosławii”), a dorastała w cieniu muru berlińskiego, który był zbyt wysoki, aby go przeskoczyć i w dzieciństwie brała udział w wojnie, zajmując się kolportowaniem ulotek. „Bycie” z Jugosławii (lub Polski) jest oczywiście jedynie pozą, a Margo przybiera ją, ponieważ jest to modne, „słodkie” – to zresztą kolejna językowa kalka, która kompletnie nie wydaje nam się już nie ma miejscu. „Słodkie” (sweet, słitaśne) jest też pozostawanie w opozycji do globalizacji – ta sama Go zarazem drwi z jednej spośród sieci marketów i wykpiwa popkulturę, z drugiej zaś– sama korzysta z nowego modelu iPhone’a, po którego być może stała w starannie wyreżyserowanej przez marketingowców kolejce. 


Happiness po nowemu

Po co zaś to wszystko? Po co wszystkie te pozy, po co próba nadążania za nowinkami, po co też świadome ich unikanie? Po to, by być szczęśliwym. W poszukiwaniu szczęścia jedni bohaterowie próbują wtopić się w tłum, inni szukają ukojenia w jodze, jeszcze inni – w „artystowskich” popijawach. W poszukiwaniu szczęścia wszyscy wybierają któryś z proponowanych im przez współczesny świat „stylów życia” (lifestyle), w nadziei, że przyniesie on nie tylko pewną formę wyrażania siebie, ale – przede wszystkim – radość i spełnienie. W konkretnym stylu życia każdy poszukuje tu szczęścia, by w końcu z bólem odkryć, że tego szczęścia w nim nie znajdzie. Forma nie niesie tu z sobą żadnej treści. Treść bezpowrotnie gdzieś utraciliśmy w całej otaczającej nas homogeniczności i postępującej globalizacji. Ostatecznie okazuje się, że ani Go, ani Jo nie są bardziej szczęśliwe od outsiderki Farah, która nie ma nawet odwagi, by w poczuciu bezsensu popełnić samobójstwo. 


Grzęźniemy w postmodernizmie

Masłowska z jednej strony z lekkim współczuciem patrzy na problemy swoich bohaterów, z drugiej jednak – bezlitośnie ze swoich bohaterów drwi. Drwiną jest już samo imię głównej bohaterki. Farah znaczy podobno tyle, co „radość” czy „szczęście” – a więc to, czego dziewczynie noszącej to imię najbardziej brakuje. Pisarka drwi zresztą ze wszystkich. Z tych, którzy starają się wciąż być „na topie”, prowadząc zdrowy tryb życia, kupując najnowsze kremy antybakteryjne, biegając po pracy na kursy jogi, chodząc do IMAXów i czytając gazety poświęcone filozofii Wschodu. I z tych, którzy – manifestacyjne omijając multipleksy – regularnie za to odwiedzają kina studyjne, śledząc nowe, koszmarnie nudne „arcydzieła” wybitnych filmowców z krajów byłej Jugosławii. Drwi ze współczesnych biegunów i z nowoczesnych konserwatystów. Z tych, którzy chodzą do kościoła, bo tak nakazuje im wiara czy tradycje rodzinne, ale też z tych, którzy religię wybierają jako kolejną odmianę współczesnego stylu życia. Wszyscy ugrzęźliśmy w totalnym postmodernizmie, w homogenicznej kulturze multikulturowości, a każdy nasz wybór jest przede wszystkim kolejnym tylko manifestem, który skrywa bolesną pustkę życia – zdaje się twierdzić autorka. A Masłowska kpi z manifestów (i manifestacji). Kpi nawet z ludzi, którzy manifestacyjnie obnosić się będą z naprawdę dobrą powieścią Kochanie, zabiłam nasze koty jako z "genialnym manifestem nowego pokolenia” zresztą.

 

Sławomir Krempa

« powrót