"Pokolenie fejsa" w e-czaskultury.pl, Magdalena Wołowicz

Przez siedem lat było cicho, a teraz, gdzie nie popatrzysz – Masłowska. Jej nowa książka „Kochanie zabiłam nasze koty” wzbudzała wielkie zainteresowanie, zanim jeszcze się ukazała. Wywiady, spotkania i dyskusje – bo rzecz warta jest obgadania, bo rzecz nietypowa. Jednak ci, którzy spodziewają się skandalu, mogą się zawieść, bo jak deklaruje sama autorka – „Kochanie zabiłam...” to powieść skandalicznie nieskandaliczna. I niezaangażowana. I zupełnie niepolska. Rzec by można, że tym razem pisarka skupiła się na problemach globalnych. Wysunęła nos z kartoflanego kraju i puściła wodze fantazji. Stworzyła swój fantasmagoryczny świat z fantasmagorycznymi bohaterkami.

 

„Kochanie zabiłam nasze koty" to historie trzech kobiet, które przekraczają właśnie magiczną granicę trzydziestu wiosen. Masłowska konfrontuje ze sobą różne typy: neurotyczną, szukającą metafizycznych recept na ból istnienia Farah, prostą Joanne, która niczym gąbka wchłania wszystko, co jej proponuje współczesność oraz ekscentryczną Go, która obraca się w świecie artystycznej bohemy. Autorka „Wojny polsko-ruskiej” wyposażyła swoje bohaterki w osobowości pozbawione jakiejkolwiek głębi psychologicznej. Ich jednowymiarowość jest odzwierciedleniem fejsbukowego pokolenia, które rzeczy banalne podnosi do rangi świętości. Dla tych marionetkowych postaci wyznacznikiem poczucia własnej wartości jest bowiem ilość znajomych na fejsie, a jedynym problemem jest próba zlikwidowania drugiego podbródka. W świecie Jo, Fa i Go porady czerpie się z kolorowych magazynów, które określają, co jest trendy.

 

Wśród tych wszystkich papierowych laleczek Masłowska-pisarka tradycyjnie znajduje niszę dla Masłowskiej-bohaterki. Wprowadza się ona do bloku, w którym mieszka Farah i tu, jako pisarka cierpiąca na niemoc twórczą, znajduje swoje pierwsze zdanie i swoich bohaterów. I opowieść się zaczyna od martwego kota. A właściwie od snu. I nie wiesz już tak naprawdę, drogi Czytelniku, co jest jawą, a co tylko onirycznym majakiem. Bohaterowie Masłowskiej śnią, a ich sny się zazębiają, tworząc drugą, fantasmagoryczną rzeczywistość pełną podstarzałych syren, które nie kuszą zmysłowym śpiewem, ale odtrącają łuszczącymi się ogonami.

 

Wszystko jest zatem wzięte w nawias, wszystko ułomne, chropowate i zmurszałe. Tak jak język, którym Masłowska się posługuje. Jak zwykle jest on punktem wyjścia, to z niego pisarka skleja swoje jednowymiarowe postaci. Bohaterowie Masłowskiej mówią językiem ubogim, sloganowym, językiem bezdeklinacyjnym, bezpłciowym. Zero jakiejkolwiek indywidualizacji. Masłowska z premedytacją posługuje się amerykańskimi kalkami, wytykając przy tym bezkrytyczne zapatrzenie w kulturę Zachodu. Dyskurs bzdury staje się w tym momencie odbiciem wszechogarniającej kultury banału i miałkości, która rozpanoszyła się tak, że się do niej przyzwyczailiśmy, przez co stała się przezroczysta.

 

„Kochanie zabiłam nasze koty” to proza niezaangażowana, nie znajdziecie tu ciężkich tematów homofobii, aborcji, nie poczytacie o chrześcijańskiej czy polskiej hipokryzji i cwaniactwie, o narodowej walce o krzyż i o spisku smoleńskim. To raczej powieść obyczajowa o pokoleniu współczesnych trzydziestolatków, żyjących w coraz bardziej zhomogenizowanej rzeczywistości, w której spece od reklamy zapewniają, że na wszystko znajdzie się lekarstwo, gdzie zostaje zastąpiona surogatami w postaci kolorowych poradników, a więzi międzyludzkie ulegają kompletnemu rozpadowi. Pisarka ze szczekającej skandalistki przeobraża się w stonowaną antropolożkę. Charakteryzuje pokolenie trzydziestolatków – ludzi, których doświadczeniem pokoleniowym jest dorastanie w erze globalizacji i kapitalistycznego dobrobytu. Skandalicznie nieskandalicze? Owszem, co więcej: wtórne. Nikogo nie trzeba przecież przekonywać o tym, że żyjemy w kulturze banału, mamy coraz mniej czasu dla innych i dla siebie, gnamy przez czas, a życie przelewa się między palcami.

 

Język Masłowskiej nadal pozostaje punktem wyjścia do tworzenia rzeczywistości i bohaterów – po raz kolejny autorka „Wojny polsko-ruskiej...” pokazuje, że potrafi „robić w literach”. Ale co z tego? Po siedmiu latach powieściowej absencji, po świetnym debiucie i rewelacyjnym „Pawiu królowej” po pisarce tego pokroju spodziewałam się prawdziwego mentalnego wstrząsu, a tymczasem dostałam do rąk powieść najeżoną banałami.

« powrót