Gdzie jest miejsce na gołe uczucia w ponowoczesnej rzeczywistości? recenzja "Kochanie, zabiłam nasze koty" w Pracowni Dobrego Słowa
Polscy czytelnicy dzielą się na promasłowskich i antymasłowskich. Naprawdę. Niby zrobiła furorę Wojną polsko-ruską, publiczność szalała, krzyczano o przełomie w literaturze, ale w gruncie rzeczy wielu czytelnikom trudno było przebrnąć przez rozklekotany, rozemocjonowany tekst. Podobnej trudności spodziewałam się po Kochanie, zabiłem nasze koty, ale moje obawy nie spełniły się. Mogłam spokojnie zgłębiać problemy bohaterów jadąc tramwajem.
 
 
Historia wydaje się być utkana na miarę sztuki scenicznej, w której bohaterowie reprezentują różne typy. Najbardziej pogmatwanym i nurtującym charakterem jest Fah – przeciętna singielka z przeciętnego miasta o przeciętnym guście i takiej samej inteligencji. Fah jest bardzo mocno zakorzeniona w zasadach kierujących współczesnymi stosunkami międzyludzkimi. Świetnie odgrywa swoją rolę przyjaciółki, a więc partnerki do gry w tenisa mówionego do czasu, gdy Jo – ta bardziej przyziemna część ich pary, poświęca bez żalu singielski pakt i poznaje mężczyznę, a co za tym idzie, zapomina o przyjacielskich obowiązkach. Znika z życia Fah, a ta wpada w studnię lęku przed samotnością. Na gwałt szuka zastępcy Jo i, jak to zwykle bywa w chwilach desperacji, wpada z deszczu pod rynnę. Poznaje Go, postrzeloną dziewczynę, która osiągnęła najwyższy już level alternatywy i przelewa na nią swoje uczucia. Przelewa do tego stopnia, że poświęca jej swoją ciężko wypracowaną równowagę emocjonalną i to, co ma najcenniejsze, bo pielęgnowane od lat – włosy.
 
Nie jest trudno podzielić ludzi na kategorie, zdaje się twierdzić Masłowska. Nie ma też problemu z przewidzeniem schematu rozmowy lub zachowań. Większość z nas bezwiednie podlega pewnemu rytmowi, wypracowanym od lat modelom i nawet nie stara się poza nie wychodzić. Tak jest z dialogami bohaterów, które w większości przypadków są po prostu zderzeniem dwóch monologów powiązanych motywem przewodnim lub nie. Tak jest z reakcją Fah na opuszczenie przez Jo i jej obłudną ucieczką w poddaństwo wobec instynktów. Joanne może nawet chciałaby dotrzymać obietnicy nienawidzenia mężczyzn, ale skoro pojawił się Hungarysta, to znak, że należy przestać się wygłupiać i poddać naturalnemu biegowi rzeczy. Wchodząc w związek, weszła na wyższy poziom. Za pewne jej kolejną ambicją byłyby rozmowy z młodymi matkami – jeszcze wyżej na drabinie tykających zegarów biologicznych – ale na pewno już nie z Fah. Dieta, sport, zasady – to dobre dla singli. Czyż nie dzieje się tak często w rzeczywistości?
 
 
Tym sposobem Fah została sama, a samotność wyzwoliła jej inteligencję emocjonalną. Strach przed przeciętnością i brakiem zainteresowania pchnął ją do środowiska pseudoartystycznego, w którym weszła w kolejny schemat. Jak mówią: „jeśli wlecisz między wrony, musisz krakać jak i one”. Słabość charakteru w połączeniu tendencją do radykalizmów sprawiły, że Fah poddała się wpływowi jeszcze jednej silnej osobowości – Go. Go uparcie twierdziła, że pochodzi z byłej Jugosławii, a konkretnie z Polski. To bardzo trendy. Tak samo jak brak pieniędzy, irracjonalne zachowania, palenie papierosów, które przestały być zwyczajnie modne, a więc są świetnym materiałem na atrybut hipstera. No właśnie! Masłowska świadomie wyolbrzymia i kpi z uciekania od tzw. mainstreamu w alternatywę doprowadzoną na skraj absurdu. „Jestem artystą-grafikiem, robię ulotki w paincie”, „Mam lustrzankę. Jestem fotografikiem.” zdają się mówić jednym głosem pokolenia dzisiejszych pożalsięboże młodych gniewnych. Świetnie przedstawiła to nasza utalentowana pisarka. Brawo!
 
 
Pozostaje jeszcze jeden waży temat w powieści, nad którym warto byłoby się troszkę pochylić. Przyjaźń w ponowoczesności. Chociaż nie ma słowa o komunikacji za pomocą Internetu, to ta powieść jest też świetnym przykładem na to, że realne więzi między ludźmi zdecydowanie się poluźniły. Łatwo jest przyjaźń zerwać, zapomnieć o drugim człowieku i zastąpić go innym. Nikt przyjaźni nie definiuje, nie znajduje w niej empatii jako wyznacznika. Przyjaźń służy zaspokajaniu własnych potrzeb, których obnażanie jest domeną człowieka XXI w. Już nikt nie kryje się z pragnieniami, ale żąda ich zaspokojenia. Nawet jeżeli wchodzą w konflikt z potrzebami innych. Egoistyczny świat? A i owszem. Fah próbuje się w nim odnaleźć na swój, przewrażliwiony sposób. Może ze względu na nieprzystosowanie do twardych granic rzeczywistości ucieka w senne projekcje. Spotyka syreny i ufa, że mają wpływ na ludzi. Świat realny momentami przemienia się w baśń rodem z Disneya, w której poświęca się coś własnego, coś co najcenniejsze w zamian za bliskość drugiego człowieka. Niczym Arielka głos, Fah oddaje włosy, by zbliżyć się do Go. Nie zawsze jednak podświadomość ma tak wielki wpływ na życie, jak sugerowaliby redaktorzy „Yogalife” (lifestylowego pisma czytanego przez bohaterów Kochanie...) – podążanie za przeczuciami rzadko kończy się happyendem.
 
 
Wychodzi na to, że Kochanie, zabiłam nasze koty to książka pisana przez osobę, która lubi przyglądać się ludziom z przymrużeniem oka i za pomocą ciętego języka dać wyraz swojemu ironicznemu rozbawieniu. Masłowska udowodniła, że potrafi napisać tekst o spójnej fabule, zachęcający i sam prowadzący czytelnika do rozwiązania. Pewnie niektórzy zarzucą jej, że stworzyła produkt łatwy i nie stawiający tyle trudności w odbiorze, co poprzednie książki. Ja jednak jestem zadowolona z tej zmiany. Nie wszystko co mądre życiowo musi być podane enigmatycznie. Tym razem Masłowska osiągnie sukces nie tylko na salonach krytyki, ale zajmie miejsce w prywatnych biblioteczkach. Nawiązując do tematu powieści, Kochanie, zabiłam nasze koty ma szansę stać się medium dla wartościowych kontaktów i rozmów. Sama chętnie pożyczę swój egzemplarz znajomym.
 
 
PL
« powrót