"Recenzowanie Masłowskiej mija się z celem" na blogu mlodapisarkaczyta.blox.pl

Po pierwsze, to jest pisarka, którą się kocha albo się jej nie znosi. Nieznoszących nie przekonam, a wielbiących przekonywać nie trzeba.

 

Po drugie, jak po każdej kolejnej książce tej autorki, pojawia się zjawisko "strach lodówkę otworzyć". Teraz zrecenzują ją wszyscy wszędzie, a sama autorka będzie ochoczo dorzucać swoje myśli i interpretacje w setkach wywiadów w każdej możliwej gazecie i każdym możliwym programie tv, do momentu, w którym na sam widok Masłowskiej zaczniemy nerwowo pstrykać pilotem i przewracać kartki w gazecie.

 

Więc tylko garść luźnych uwag i skojarzeń.

 

Przeczytać trzeba, nie dlatego, że wypada i że któryś enty pan krytyk z telewizji kazał, tylko dla czystej przyjemności obcowania z tą nieprawdopodobną sprawnością językową. To, co Masłowska robi z naszym językiem, to, jak pokazuje w krzywym zwierciadełku cały nasz ponowoczesny, zaśmiecony, płaski, pusty, banalny światek to jest absolutne mistrzostwo. Przeżyłam z tą książką coś zupełnie przedziwnego - czytałam ją sobie w salonie fryzjerskim, na fotelu, czekając, aż miła pani zdejmie mi z głowy folię aluminiową i zmyje "naturalny blond z refleksami". Pani co jakiś czas zabawiała mnie rozmową, ja sączyłam zimną kawę z ekspresu na pastylki i czytałam sobie "Kochanie, zabiłam..." aż w pewnym momencie przestałam odróżniać rzeczywistość od fikcji, i nie wiedziałam przez chwilę, czy "odcień 014, sztuczne kasztany" to w książce, a "nasza słynna trwała prostująca" to rzeczywistość, czy może odwrotnie. Nasz świat, nasze życie w jednej wielkiej galerii handlowej będącej taką wymyśloną, sztuczną Ameryką z seriali źle przetłumaczonych na polski, gdzie błąkają się ludzie farbowani na sztuczny kasztan pachnący słodko kebabem, szminką, kilkoma różnymi perfumami, którymi spryskała się w Sephorze... Nasz świat, w którym życie duchowe zastępują psychotesty w gazetkach, a trzpień naszej wyjątkowości zlokalizowany jest w oprawkach od okularów. Świat urywanych, hasłowych rozmów o niczym symbolizujących bliskość, świat hipsterów i artystów, którzy gonią własny ogon w poszukiwaniu czegoś nowego. Świat, w którym można sobie wybrać tożsamość i być, na przykład, Goszą z Polski (to taki kraj w byłej Jugosławii, gdzie wszyscy jedzą koplatki i zgniłe ogórki). To wszystko tam jest, bardziej w języku niż w fabule, a cały ten świat pływa na paskudnym, zaśmieconym oceanie (zbiorowej podświadomości?) gdzie wszyscy spotykają się w snach.

 

Mistrzostwo językowe, ironia i złośliwość, masa celnych obserwacji z życia, autoironia pisarki - jazda bez trzymanki, która ostatecznie zostawiła mnie z uczuciem żalu - jak to, to już?

 

Później, kiedy nieco ochłonęłam, przyszły pytania: czy pod tym niesamowitym popisem maestrii językowej rzeczywiście kryje się coś więcej niż celna satyra na współczesne społeczeństwo? Czy to poważna diagnoza, czy tylko zbiór zabawnych, złośliwych obserwacji? Czy ocean naprawdę jest tak głęboki i czy rzeczywiście symbolizuje coś ważnego? Czy autorka powiedziała mi o świecie coś ważnego , do czego wcześniej sama nie doszłam? Czy powiedziała cokolwiek ważnego o świecie istniejącym poza murami galerii handlowych i hipsterskich spelunek? No, ale te wątpliwości z pewnością wyjaśnią nam mądrzy krytycy, którzy już stanęli do wyścigu.

 

I na koniec: absolutnie nie należy czytać Masłowskiej, kiedy samemu się coś pisze. Ta fraza zaraża, rzuca się na uszy jak przebój grany latem we wszystkich budkach z goframi i później przez długi czas widzi się świat przez pokrzywioną szybkę, a do głowy przychodzą zdania będące wyłącznie marnym naśladownictwem.

« powrót