"W pogoni za szczęściem z plastiku", w experymentt.wordpress.com, Dorota Jędrzejewska

Mimo szarzyzny za oknami i we własnym pokoju, mimo śladów wyprysków na twarzy i rozciągniętych, pstrokatych swetrów na grzbiecie, ich myśli krążyły wokół wyluzowanego, kolorowego życia rodem z Beverly Hills. Przystojni znajomi w nowym zestawie ciuchów na każdy dzień roku, po szkole bawiący się w arcyamerykańskiej knajpce, gdzie hot dogi podaje uśmiechnięty Pitt – to dopiero życie! Pączkująca polska młodzież lat 90. intensywnie śniła o serialowej rzeczywistości bez skazy. Dzisiaj, u progu trzydziestki, wbrew pozorom marzenia te nie zostały porzucone. Oni wciąż, jak przed laty, konstruują swoje życia na podobieństwo wzorców podpatrzonych na szklanym ekranie, w kolorowych czasopismach i w komediach romantycznych.

 

Młodzi ludzie bez tożsamości, przybrani w maski i wzorce, zasłyszane dialogi i „odgapione” miny, nad których głowami już dawno zawisła wielka pustka, brak sensu, refleksji i charakteru. Dorota Masłowska w swojej najnowszej  książce pt. „Kochanie, zabiłam nasze koty” rysuje szkielet pokolenia współczesnych trzydziestolatków. To kontury, daleko tej prozie do pełnobarwnego obrazu czy psychologicznych solucji. Szkic to zaledwie (bądź aż szkic) – w zależności kto i czego od „nowej Masłowskiej” oczekuje. Pewne jest, że zawiedzie się na niej poszukiwacz realistycznych powieści z sensowną, tradycyjną linią fabularną. Sympatyk obnażających schematy i uniwersalne prawidła karykatur powinien zaakceptować nową propozycję młodej (choć coraz starszej) autorki bez większych sprzeciwów.

 

Początkowo bohaterki są dwie. Jest Farah i Joanne – psiapsióły połączone wzajemną, niemalże siostrzano-bliźniaczą miłością. Już na początku przysięgają sobie, wzorem tak zwanych komedii romantycznych: „żadnych więcej chłopaków!”. Życie jednak pisze ten sam, co zawsze, scenariusz – Jo znajduje średniosympatycznego faceta, Fah zostaje na lodzie. I cierpi. A jest to dziewczyna wybitnie cierpiąca. Pełna dziwacznych strachów, wstrętów (najbardziej obrzydzona samą sobą) i innych neuroz – potocznie mówiąc „jazd”. Po pewnym czasie spotka na swojej drodze kolejną, choć trochę inną wariatkę – Go. To z kolei hipsterka pełną gębą, lansująca swoją inność i niezależność, kochająca wszystko to, co odmienne, niepopularne i „kultowe”. Tyle że słowo „kochająca” wydaje się sporym nadużyciem.

 

Wszystkie sympatie, pasje, „miłości” są w tej książce jedynie pustą jak balon ułudą. Zostały wykreowane na potrzebę nieustannie zakładanych masek, czy to pod publiczkę, czy to w celu podreperowania własnego samopoczucia. Hipokryzja, ściema ułożona na wzór modnego serialu czy wiszącego gdzieś w powietrzu nowego trendu, cała masa snobizmów – w tym świecie nie ma miejsca dla uczuć autentycznych. Tutaj nawet nie sposób rozpocząć prawdziwego dialogu.

 

„Kochanie, zabiłam nasze koty” to książka pełna żalu do współczesnej rzeczywistości, do tych wszystkich ludzi-wydmuszek, którzy utracili zdolność samodzielnego myślenia. To również opowieść o samotności przedstawicieli dziwacznego, facebookowo-googlowo-serialowego pokolenia, które zapomniało, jak nawiązać realne znajomości. Karykatury Masłowskiej są wdzięczne, można swobodnie wypełniać je treścią, działają na wyobraźnię – szczególnie moją, już prawie przecież trzydziestoletnią. Opowieść ta najwięcej jednak wartości zyskuje dzięki giętkiemu językowi autorki. Masłowska nie tylko jest pilną obserwatorką ludzi, ale także ich języka. Za pomocą jakiegoś dodatkowego zmysłu potrafi go przetwarzać na różne sposoby.

 

O poprzednich książkach Masłowskiej pisano, że tworzone były w szaleńczej wenie autorki. Z tą ponoć jest inaczej – to najbardziej przemyślana, wydumana i pieczołowicie skonstruowana powieść w całym jej dorobku. Być może tutaj tkwi geneza odczucia, które czasami nawiedzało mnie w trakcie lektury. Wkradło się bowiem w te zgrabne zdania trochę sztuczności, niepotrzebnego nadęcia, zabrakło natomiast spontanicznej naturalności i pazura mocno drapiącego serce. Lekko publicystyczne wstawki nieco otarły się o naiwność, być może im również brakło kopa, który mógłby porządnie rozbujać tę prozę. Mogło zatem być „mocniej” – być może wtedy byłoby lepiej. Niemniej jednak słuszna idea przemawia za tą książką. I dokuczliwie prawdziwa – mimo sztuczności głównych bohaterek.

 

Dorota Jędrzejewska

« powrót