"Powieścioid" w esensja.pl, Daniel Markiewicz
Dobra wiadomość dla tych, którzy nie przebrnęli przez „Wojnę polsko-ruską” jest taka, że „Kochanie, zabiłam naszej koty” okazuje się daleko bardziej przyjazna czytelnikowi od debiutanckiej powieści pisarki. Przede wszystkim bez problemów można tu wyróżnić fabularny szkielet, co prawda mało imponujących rozmiarów, ale jednak trzymający tę niezbyt obszerną powieść w ryzach. Większych problemów nie nastręcza też język – czyta się to wszystko lekko i przyjemnie. Również dlatego, że w warstwie czysto słownej możemy odnaleźć wiele elementów z otaczającej nas popkultury. Ale uwaga – jeśli z nową książką Masłowskiej zaczniemy czuć się zupełnie swojsko, może to oznaczać, że jesteśmy wśród tych, w których autorka celuje swoją krytyką. A to wcale niemała gromadka.
Dostaje się tu wielu grupom, ale chyba najmnocniej atakowani są artyści oraz hipsterzy. Tym pierwszym może nie przypaść do gustu króciutka satyra na sztukę współczesną: Uderzająca w mieszczańskie przywiązanie do konwencji i tych małych obłudnych rytuałów ekspozycja przedstawiała między innymi pocięte kawałki pościeli. Zdawały się one krzyczeć „Nie, nie, kochani, jeśli myślicie, że robić sztukę to znaczy malować przez trzydzieści lat grubą babę z dzieckiem i ze skąpanymi w słońcu arkadami w tle, to grubo się mylicie. Lepiej przez trzydzieści sekund pociąć pościel na kawałki, a resztę tego czasu przeznaczyć na palenie gandzi, mamrotanie pod nosem, śmianie się z filmików na Youtubie i wchodzenie na znaki drogowe”. Gdzieś na uboczu możemy też znaleźć przytyki drobniejsze, jak wówczas, gdy jedna z bohaterek ma akurat „religijną fazę” i kościoły zaczynają jej się wydawać tak nonsensowne, że aż pociągające: To ponuractwo, to sztywniactwo, te złocenia, kompletny odpał.
 
W kolejnych rozdziałach daje się jeszcze zauważyć krytykę pokolenia internetu, które gros życiowych aktywności ma zapośredniczony przez sieć, że wymienię tylko Skype’a i Facebooka. I również na sieć przenoszą się niektóre zachowania, czasem właśnie tam objawiające się w rozbuchanej formie. Dajmy na to plotkowanie – w realu przeważnie niegroźne nawet, gdy przechodzące w obgadywanie. Zaś w internecie przybierające postać tzw. „hejterstwa”. Proces jego tworzenia Masłowska opisuje wyjątkowo trafnie: Wodzicie po gościu ostrzem kpiącego spojrzenia, a mózg podsuwa wam drobinki niby-to-niewinnych skojarzeń i impresji, z których montujecie zgrabne podzespoły lekko już perfidnych komentarzy. Ani się obejrzycie, a klecicie na jego temat szalbiercze, przesycone jadem narracje, obfitujące w wymyślne okrucieństwa, spienione metafory, plasujące jego istnienie w jednej linii z krewetkami, choć krewetki są czasem przynajmniej smaczne.
À propos krewetek – w pewnym momencie pojawia się opis innych morskich stworzeń, które opływają rokrocznie całe nabrzeże, znosząc do swoich siedzib wszystko, co wyrzucą ludzie, konstruując na dnie oceanu przedziwne, mające imitować ludzki świat koczowiska. Ten opis doskonale pasuje również do całej powieści. Masłowska zaproponowała nam książkę-zlepek, kolaż mniej lub bardziej przepracowanych potoczyzmów, odnalezionych w tych rejonach języka, o których profesorowie języka polskiego najchętniej by zapomnieli. Bohaterowie mówią zdaniami na poziomie popularnych teraz docu-soap, wymieszanych ze stylem tabloidów i pisemek stojących w hierarchii prasy jeszcze niżej (uwierzcie na słowo, że takie istnieją). Pisarka dodatkowo te kwestie podkręca (a może wcale nie?), zaś humor, jaki stara się dzięki temu osiągnąć, wpada wówczas w absurd. Ale taka jest właśnie stylistyka, z jakiej czerpie – przerysowana, pokraczna, nieumiejętnie obchodząca się z frazeologią. I faktycznie bywa to śmieszne, momentami nawet bardzo śmieszne, ale powtarzane raz za razem, na ponad stu stronach, w końcu zaczyna nużyć. Masłowska pokazuje, jak bardzo przejaskrawiamy język, ale przecież to samo możemy zobaczyć w głównych kanałach telewizyjnych czy na pobliskim bazarku.
 
To, niestety, problem całej tej książki. Bo Masłowska ma oczywiście rację, kiedy ośmiesza to, jak mówi część z nas. Ma rację, gdy pisze o różnicach między bazującymi na rywalizacji i udowadnianiu, kto jest lepszy mężczyznami oraz kobietami, które zazwyczaj „mają tak samo”. Ma wreszcie rację demistyfikując nasze codzienne relacje – zbudowane raczej na powierzchni, oparte na frazesach w stylu „wszystko będzie dobrze, głowa do góry"; pokazując, że nikt już nie słucha, wszyscy chcą mówić, najlepiej o sobie. Do tego momentu książka zmierza w dobrym kierunku. Szybko okazuje się jednak, że nie zmierza nigdzie dalej.
 
Doceniam to, co pisarka robi z językiem, doceniam wszystkie fantastyczne, kpiąco-trafne frazy, jak „tygrysica konwersacji” czy „zdezorientowani seksualnie chłopcy”. Również diagnozę społeczną prezentuje Masłowska poprawną. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jej bohaterowie są dokładnie tymi, na których psioczy w swoim znakomitym, obnażającym naszą kulturę monologu narrator „Trocin” Krzysztofa Vargi. O ile jednak u autora „Bildungsroman” najwyraźniejszy jest konstruktywny głos wkurzonego na świat wykształciucha, o tyle Masłowska zanurza się w stylistyce bełkotu jak dziewczyna z okładki – po same uszy. I z tego bełkotu, choć dobrze opisanego, nic już nie wynika.
« powrót