Recenzja z "Lego ergo sum"
Masłowska recenzuje się sama. Swoim nazwiskiem, wywiadami, które pojawiają się na długo przez publikacją kolejnej książki, szumem i – albo skandalem, albo antyskandalem zbudowanym wokół nowej publikacji. Nie sposób dodać cokolwiek nowego w momencie, gdy uwaga całej społeczności kulturalno-literackiej skupia się właśnie na niej – na pisarce, która po latach i, jak sama wspomina, hektolitrach kawy, wydaje na świat kolejne prozatorskie dziecko, które czymkolwiek by było – z góry skazane jest na sukces. Chociażby medialny i promocyjny.
Laureatka Nagrody Nike nie jest jednak tylko pożywką dla żądnych sensacji mediów – jest przede wszystkim bardzo dobrą pisarką, której powieści czyta się po prostu rewelacyjnie. Słowa „powieść” używam tutaj z przymrużeniem oka, bowiem jej teksty, to w dużej mierze właśnie takie oczko puszczone do czytelnika. Ni to powieść, ni poezja, raczej kocioł gatunkowy i rodzajowy; snucie narracji, która – mam wrażenie – sama nie wie dokąd zmierza, póki nie osiągnie celu. Mimo wrażenia tej przypadkowości, wszystko jest tutaj jednak na właściwym miejscu, nic się nie gryzie, nic nie szczypie.
Masłowska przenosi nas do USA, a jej bohaterki to kobiety będące uosobieniem przeciętności w jej najczystszej postaci: mieszkające w przeciętnej dzielnicy, o przeciętnych aspiracjach, przeciętnych pracach, przeciętnych potrzebach. Jedyną sferą wymykającą się poza ramy narzuconej mierności jest ich strefa marzeń i snów. To właśnie perspektywa oniryczna jest tutaj najciekawsza i w sposób niezwykle płynny przenika się z jawą, na skutek czego niejednokrotnie nie mamy pewności, gdzie się znajdujemy: czy już w rzeczywistości, czy jeszcze w objęciach Morfeusza. Farah i Joanne, to kobiety, które swoje poczucie niespełnienia i miałkości przelewają na sferę, w której mogą czuć się bezpieczne, której nic nie zagraża, a której jednocześnie nie potrafią samodzielnie kształtować. Motyw syreny pojawiającej się w ich widzeniach, to wedle wszelkich senników ostrzeżenie przed złymi doradcami, fałszywymi obłudnymi obietnicami oraz uczuciami, które po pryśnięciu jak bańska, zostawią po sobie jedynie złamane serce. Jak tę metaforykę odnieść można do życia bohaterek oraz do mitologii, gdzie syrena to swoista femme fatale, niebezpieczna, wabiąca – zupełnie inna niż bohaterki w swoim życiu realnym. Czy to objaw chęci zmiany siebie? Czy to daleko idąca potrzeba postrzegania siebie, jako kogoś, kto daje sobie radę, jest wyjątkowy i doskonale manipulujący innymi? Czy to kontaminacja tych pragnień, a jednocześnie świadomość niemożności ich urzeczywistnienia? Mam nieprzeparte uczucie, że interpretacja ta idzie za daleko, że te zbieżności lub środki wyjaśniające są tylko kwestią przypadku, złożoności i nakładania się różnych pojęć z wielu sfer, które umożliwiają dowolne odczytywanie pewnych symboli. Czy to w kontekście swoistej psychoanalizy, czy zwykłego łączenia faktów.
Trywialność przedstawianych wydarzeń i duchowych rozterek kobiet, a także ich językowa pustka, potocyzmy wylewające się niemal z każdej strony, to swoiste świadectwo bolączek naszych czasów – szukamy ratunku w fantasmagoriach, stajemy się ofiarami eskapizmu, które zatracają się w fikcji, którą powoli przestajemy odróżniać od rzeczywistości.
Narrator tej powieści, to śmiały obserwator, który w żaden sposób nie ocenia postaci, wokół których toczy się akcja, lecz raczej delikatnie zaznacza swoją obecność w przestrzeni językowej – zapchajdziurach między strumieniem wywodów kobiet. Unaocznia, to co dla dzisiejszego świata charakterystyczne – życie stymulowane i określane przez nasze istnienie bądź nie na Facebooku, wszelkiego rodzaju komunikatorach; kontakty ograniczane do spotkań, w których rolę „spojrzenia w oczy” pełni internetowa kamerka. To gorzka analiza współczesnego świata ubrana w strojne piórka, sprawiająca, że nie sposób odpowiedzieć: czy to wciąż fikcja, czy próba przedstawienia świata, takim jakim jest? Czy to wydarzenia stworzone na potrzeby chwili, czy prawdziwe przeżycia będące doświadczeniem pisarki? Jest w prozie Masłowskiej duża autentyczność, która każe nam przypuszczać, że jednak wersja druga dominuje, a Kochanie, zabiłam nasze koty to ostra satyra na społeczeństwo.
« powrót