Recenzja w Portalu Kulturalnym "Magazyn"

 Jak w materiałach promocyjnych informuje nas wydawca – książka powstawała w bólach, wśród hektolitrów kawy i obgryzionych paznokci. Dorota Masłowska zapracowała sobie na opinię pisarki, po której spodziewać się należy medialnego trzęsienia ziemi albo przynajmniej kontrowersji. Tymczasem wszystkie znaki wskazują, że z tego kilkuletniego pichcenia, zaprawionego onychofagią, zrobi się burza w szklance latte. Przez minione lata Masłowska przeszła ewolucję gęb: od przehypowanej nastolatki od dresiarzy z Wejherowa do konserwatywnej dramatopisarki z Żoliborza. Polaków nic nie ekscytuje tak bardzo jak Polska, więc umieszczenie akcji „Kochanie, zabiłam nasze koty” w amerykańskim Princetown jest jak włączenie klimatyzacji w gorącym wiecu, co też, jak sama przyznaje w wywiadach, sprawia jej niezmierną ulgę. Jej Stany to symboliczne „gdziekolwiek” współczesnego Zachodu. Wybór nieprzypadkowy, ponieważ to kraj założony przez emigrantów, prototypowe społeczeństwo multikulturalne, które wyewoluowało w ogólnoświatowy symbol powierzchownej, homogenicznej kultury popularnej.

 

Masłowska swój świat buduje z dobrze nam znanych cegiełek, jej narracja dryfuje sobie po rozbuchanym konsumpcjonizmie, lekomanii, kulturze terapeutycznej, prasie brukowej, korporacjach, piątkowych imprezach, pretensjonalnych wernisażach, hipsteriadzie, zajęciach jogi i otumaniających, wszechobecnych reklamach. I niby jest to, czego się spodziewaliśmy: zabawa konwencją, językowe stylizacje, wyciąganie śmieszności, no i stylowe koty w tytule. A jednak czytając (nie bez przyjemności) kolejne rozdziały, utwierdzałam się jedynie w przekonaniu, że naśmiewanie się z banałów jest banalne, zwłaszcza, gdy podobnych treści są stron tysiące i jeszcze więcej gigabajtów. Pielewinowskie żarciki z intelektualnej i życiowej pustki wyrośniętego pokolenia pepsi bawią jeszcze mniej, gdy stają mi przed oczami mające się wyprodukować akapity o tym, jak to konserwatywna pisarka Dorota Masłowska pokazuje mizerną kondycję wyrwanego z korzeni i wypranego z wartości współczesnego człowieka.

 

Bohaterowie „Kotów” to jednowymiarowe karykatury samych siebie – zalatująca tandetnym erotyzmem fryzjerka, sfrustrowana pracowniczka korporacji, otyły nerd żyjący na psychotropach, młoda modna performerka i jej poliamoryczny chłopak. Każdy na swój sposób śmieszny, nieznośny, wyrysowany grubą kreską. Jednocześnie na te topornie ciosane postacie Masłowska patrzy z pogodnym paternalizmem. Pozwala im na swobodny potok słów, zalewanie bezcelowej krzątaniny wygadywaniem się, realizowaniem wzorców kulturowych podsuwanych przez poradniki „jak być sexy/szczęśliwym/pełnym sukcesów/sobą/oryginalnym”. To świat, w którym między kupieniem granatowych Hunterów na eBayu, a wspominaniem dzieciństwa i jedzenia „borszczu w  Polsce, kraju byłej Jugosławii” jest znak równości. To, z czego zbudujemy swoją tożsamość, pałaszowania makrobiotycznych kaszek czy upijania się na bohemiarskich domówkach, nie ma większego znaczenia – ważne jest, by dokonać wyboru, realizować się i być zadowolonym ze swojego życia.

Jest jednak coś, co rozsadza tę wizję pochłaniającej uniwersalizacji i duchowej pauperyzacji. Główna bohaterka Masłowskiej, Farah, jest oczywiście taką samą owcą w amerykańskim młynku prenumerat Yogalife i zakupów w mallu. Tym, co ratuje ją z idiotyzmu życia miejskiego jest jej głębokie nieprzystosowanie, choroba nerwowa i rozpełzające się w materialną rzeczywistość kompleksy. To, co w naszej kulturze jest ułomnością, przeciwnościami do pokonania, w jakiś sposób ocala jej człowieczeństwo. Wybieranie wiecznego niezadowolenia w miejsce terapeutycznie wypolerowanej osobowości i życia ułożonego przez poradniki jest tu zarazem jedynie miłosiernym spojrzeniem, nie przynoszącym żadnego happy endu.


Można się z przekory pokusić o interpretację tego w duchu ojczystym. Oto Dorota Masłowska pokazuje Polakom do czego doprowadzi ich ten, w „Wojnie polsko-ruskiej” przaśny jeszcze, kapitalizm i zachodni liberalizm. Polacy, samobiczujący się i wstydzący swojej zaściankowości, przed duchowym nomadyzmem ocalić nas mogą właśnie nasze kompleksy… Można pokusić się o taką interpretację. Można. Ale nie róbmy tego.


Dominika Sitnicka

« powrót