Amerykańska odyseja - "Tygodnik Powszechny"

Oto fragment wybrany na "chybił trafił: „Na przylądku Agde jest tak samo, podobno zabronili dostępu do wydm. Ludzie przecież niczego złego tam nie robili, grzecznie urządzali sobie orgietki; ale podobno to przeszkadza rybitwom, to taka odmiana wróbli. Chcą zabronić nam uprawiania zbiorowego seksu i jedzenia owczego sera, to istni naziści. A socjaliści są z nimi w zmowie. Zwalczają owieczki, bo owieczki są prawicowe, wilki natomiast lewicowe; a przecież wilki przypominają niemieckie owczarki, które są ze skrajnej prawicy"

 


Nowa powieść Doroty Masłowskiej wzbudziła polskie demony, czyli skrajne opinie, jeszcze przed premierą. Anonimowa likwidacja jest naszą specjalnością, często bywa, że nawet nie czekamy na komendę, strzelamy jak popadnie, zawczasu, na wszelki wypadek, zanim upiór się objawi i wywali na wierzch jakieś nasze frustracje. Wina mediów, w tym publicznych, jest niezaprzeczalna, bo też byle kogo windują na szczyty, cała reszta oczywiście musi się czuć paskudnie  (gorzej niż byle kto?), nadrabia więc minami własnej produkcji i wysadza w powietrze. Masłowską też posłali do diabła, nieraz, zarówno wilcy po lewej, jak i owieczki po prawej, chociaż akurat nie jest byle kim. Posyłają i teraz przed premierą powieści: „Masłowska nie umie pisać. Wystarczy porównać jej grafomanię z byle Harlequinem, by zobaczyć, że jej »warsztat« leży i kwiczy", „Po siedmiu latach serwuje nowelę długości 160 stron, czyli wena twórcza ją opuściła i może to lepiej dla drzew"


PASJA


Czytałem Masłowską na bieżąco, nie zawsze na kolanach, to prawda. Ale nawet mniej udany „Paw królowej" mógł budzić zazdrość, tym bardziej sztuka „Między nami dobrze jest", bo też Masłowska wzięła się za temat wykorzenienia i wojennej traumy z właściwą sobie wnikliwością i ironią. Kapituła Nagrody Nike przysnęła w Milanówku, zapewne ukołysana trzynastozgłoskowcem Rymkiewicza, który działa magnetycznie. „Paw królowej"nagrodę literacką Nike w 2006 r. otrzymał za „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną"; w sumie nic się nie stało, opóźnienia to nasza specjalność.


Jeśli więc przez ostatnią dekadę nic nie zwiastowało regresu u pisarki, nawet niepokoju nie było, nic doprawdy takiego nie majaczyło na horyzoncie, ba, nawet pod postacią felietonów Masłowskiej, gdzie już mogła sobie naprawdę darować i zwolnić obroty - nie ma również zaskoczenia. Chyba że niespodzianką jednak okaże się to, iż Masłowska napisała tym razem amerykańską powieść po polsku. Co to dla nas oznacza? Nie dla wszystkich to samo. Dla jednych gwarancję Iiterackiego przeżycia najwyższej jakości, dla innych - którzy książką będą wybijać dziury wścianach albo, co pewniejsze, w ogóle jej nie przeczytają - ostateczny dowód upadku, w jakim się Dorota Masłowska pogrąża od dziesięciu lat Oczywiście literacki fragment, który - nie bez celu - przytoczyłem, to Michel Houellebecq w postaci czystej, elementarnej, nie zaś Masłowska z najnowszej powieści „Kochanie, zabiłam nasze koty". Co łączy Houellebecqa z Masłowską? - zapytają Państwo. Z pewnością nie jest to wiek metrykalny ani żywioł eseistyczny, ani nawet epicki rozmach. Doszukiwanie się jakiejś wspólnej wrażliwości językowej też byłoby nadużyciem. Bez ryzyka można jednak powiedzieć, że Houellebecqa i Masłowską łączy ironia. Wspólna pasja, krytyczna i moralistyczna (tak, nawet jeśli uznamy ją za moralistykę a rebours), która bierze się i ze „zmęczenia radioaktywnymi miastami", i z gniewu na duchową niemoc//niemotę współczesności (dużo się mówi, więcej niż kiedykolwiek, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak pozorna jest ta komunikacja). Wreszcie, zarówno Houellebecq, jak i Masłowska w swoim czasie podzielili opinię publiczną, z jednej strony francuskiego establishmentu, z drugiej polskich środowisk kulturalnych, uwypuklili polaryzację, która istniała już dużo wcześniej.


SPRAWA POLSKA


Brzmi to bardzo patetycznie, nawet w kraju, w którym kapitał polityczny zbija się na wprowadzaniu na ring pojęć prawda/fałsz. Masłowska jest tego świadoma, dlatego w jednym z wywiadów wyjaśni, że konwencja, którą wybrała, pisząc „Kochanie, zabiłam nasze koty", jest reakcją na polityczność polskiej literatury. To nie tylko zmęczenie „radioaktywnymi miastami", ale przede wszystkim zmęczenie „sprawą polską", polskimi upiorami, historią, dyskursem religijnym (które są jak kolce opuncji - tkwią wszędzie i głęboko, chociaż ich nie widać) -sprowokowało ją do przeniesienia akcji powieści do Ameryki.


Ale czy ucieczka od gęby Polaka, każdej, za wyjątkiem ostatniej, z którą Polak umiera, jest w ogóle możliwa? Czy nie jest podejrzana taka demonstracyjna wycieczka za ocean, do miejsca, z którego przypływa do nas i przylatuje wszystko, co najgorsze? Czy Gombrowicz - nawet nie zajmując się sprawami polskimi - nie był arcy-anty-polski?


Masłowska: „Może się okaże, że pisanie książki niepolitycznej jest superpolityczne". Zwłaszcza jeśli w jej Ameryce Polska jest krajem byłej Jugosławii, w której wybuchł komunizm, a opozycjoniści odbijali ulotki na ksero. Zwłaszcza że „Kazania sejmowe" Piotra Skargi są tu gumowe jak reszta badziewia na sprzedaż, Gosza - jedna z bohaterek powieści — tatuuje sobie orła w pachwinie, Jo, inna bohaterka, twierdzi, że Kościół jest nonsensowny, ale z zapachu kadzidła ktoś powinien zrobić perfumy. I to właśnie ten kraj, w którym polskie symbole wegetują albo też skazane są na wegetację w takim głębokim poniżeniu, wybiera sobie na akcję powieści jeszcze nie skandalistka, ale już enfant terrible polskiej literatury! Jeszcze ktoś chce być apolityczny? Jeszcze ktoś chce uwolnić się od polskiej problematyki?

ZAKRZYCZANA PUSTKA

„Kochanie, zabiłam nasze koty" czyta się tak, jakby to była amerykań­ska powieść. Słychać w niej zaczytanie Masłowskiej w Henrym Millerze, być może również w Charlesie Bukowskim czy Philipie Rothcie. Widać, że te lekcje zostały dobrze odrobione. Ameryka z jednej strony jest tu so­lidna, oficjalna do obrzydzenia, z drugiej artystowska, hipsterska, brudna i antyseptyczna, dynamiczna i bierna, pusta i przeludniona, słowem - same skrajności. Ba, można zaryzykować stwierdzenie, że Dorota Masłowska za jednym zamachem napisała kolejną swoją książkę i dokonała polskiego przekładu świetnej amerykańskiej powieści! Dwa w jednym!

Nic nowego w świecie, w którym wszystko, łącznie z wolnością, realizo­wane jest hurtem. Literatura jest takim samym towarem jak żel antybakteryjny czy numer „Yogalife". Ta świadomość jest również częścią gmachu iluzji, który rozpada/rozpadł się na oczach Masłowskiej. Tej samej iluzji, którą jednak z uporem podtrzymują trzy bohaterki powieści, Farah, Gosza i Jo - niczym trzy siostry z dramatu Czechowa i oczywiście ponoszą tego konsekwencje.

„Kochanie, zabiłam nasze koty" jest powieścią o człowieku bez właś­ciwości, człowieku, który sam nie jest w stanie siebie określić. Paku­je się w różne toksyczne relacje, któ­re mają z naddatkiem wypełnić pust­kę, wszystko, każde działanie obli­czone jest na jakiś efekt. Poszukiwa­nia obecności są więc rozpaczliwe i nieporadne, zarażone jakąś acedią, skażone przez psychologiczny dys­kurs albo artystowski bełkot. Każdy dyskurs zostaje tu zresztą wchłonię­ty i pożarty przez narrację, na wzór dynamiki społecznej i kulturowej: naukowy, medialny, epistolarny, baś­niowy (zatruliśmy baśnie - dopo­wiada Masłowska) Jest to paradoks, że mimo ewidentnego, społecznegonacisku na indywiduację jednostki ta sama społeczna dynamika ją tłamsi i upycha w jednej, homogenicznej masie. Jesteśmy więc i żyjemy w oceanicznej brei istnień, ale bez bliskich więzi - tacy właśnie, skazani tylko na siebie, „bezustannie zajęci sobą przynosimy po prostu więcej dochodu" Jest w tym coś z automatyzmu, przepowiadanego ongiś przez Witkacego (przyszłość to zbiór ludzi-automatów, którzy nie doświadczają tajemnicy istnienia), coś tandetnie teatralnego: „Wciągnęło mnie to jak szycie marionetek ze szmatek: kulawych, slapstikowych (...) trudno przejąć się ich problemami (...) i trudno zaangażować w ich motywacje". Otóż chyba nie do końca tak jest widać w tej narracji, w tym języku jakiś rodzaj pęknięcia, jakby Masłowska nie była pewna strategii, czy systematycznie stosować dystans, z chirurgiczną i zimną precyzją, czy też pozwolić sobie na pewien rodzaj empatii. Jest w powieści jedno i drugie, proszę mi wierzyć. Co więcej, wydaje się naturalne, że tak jest każda tożsamość, niezależnie od pozycji i poziomu świadomości „tak skwapliwie poskładana ze wspomnień, myśli, śmieci, gustów, obsesji zostaje wchłonięta, zassana, rozproszona (...) rozpływa się w oceanie innych". Zgadzam się, to znak ironii tragicznej. Zdaje się, że wspólnej nam wszystkim. To doświadczenie musi rodzić choć cień empatii.


PRZETRWAŁA


Na domiar wszystkiego, proszę Państwa, „Kochanie, zabiłam nasze koty" to świetnie skonstruowana powieść. Zrytmizowana niczym pieśni, z powracającym refrenem, pełna cytatów, odniesień i pomieszanych konwencji. Zdawałoby się, że historia opowiedziana w prologu wygeneruje klasyczną, linearną retrospekcję, zamiast tego mamy wariacje, suspens i wszystko to dzieje się niejako na żywo, podlega tym samym prawom co język, jest płynne jak Baumanowska ponowoczesność Nieco przeraziły mnie zapowiedzi użycia Google Translatora do budowy owej bezjęzykowej, niezróżnicowanej rzeczywistości, zdaje się jednak, że Masłowska ma rację - ten język staje się coraz bardziej powszechny:


„Ta nieukształtowana jeszcze, lecz utalentowana młoda pisarka wydaje się na dobrej drodze do przetrwania" (EricGode „New York Times").  
 

Radosław Kobierski


 

« powrót