Przeszczep jaźni gratis - Justyna Sobolewska, "Polityka"

Ognia, panowie" - tak Masłowska zakończyła „Pawia Królowej", uprzedzając ataki, które rzeczywiście nastąpiły. Mało kogo z pisarzy publiczność miała ochotę utopić w łyżce wody tak jak ją. Za język wulgarny, popsuty, za świat ciemny i przede wszystkim za sukces. Od czasu ukazania się „Wojny polsko-ruskiej", nagrodzonej Paszportem POLITYKI, minęło właśnie 10 lat. Uhonorowany nagrodą Nike „Paw" ukazał  się w 2005 r. Potem były sztuki teatralne.


Masłowska ciągle próbuje iść wbrew oczekiwaniom. Każda kolejna książka była woltą, która pozwalałaby jej pójść dalej, przekroczyć siebie, swoje widzenie świata.

 

Najpierw uciekała od kiczu. „Zawsze miałam poczucie, że babrając się w brudzie dużo łatwiej uniknąć kiczu i naiwności. W podstawówce zaczęłam być doliniarska, depresyjna. Sprzedawałam czarne ciasteczka i prowadziłam obwoźny handel piekielnymi towarami" - mówiła w jednym z wywiadów. Mroku jest u Masłowskiej zawsze dużo, ale nie jest on już tak dominujący jak w pierwszych książkach. Chodzi też o to, żeby nie produkować kolejnej książki na modne tematy: „Sztuka staje się dwutaśmową fabryką, i sama, przebywając w świecie tej fabryki, widzę wyrachowanie, z jakim te obrazy często są konstruowane. Musi być coś o homo-seksualistach, o nietolerancji, ksenofobii, wykluczeniu i wykorzenieniu, niezależnie od tego, czy osobiście cię dotyka, czy dotyka cię pośrednio, czynie dotyka cię w ogóle" - mówiła kilka lat temu.


Kiedy w dobrym tonie było narzekać na Polskę, Masłowska pisała coś zupełnie przeciwnego. Czy czytelnicy „Wojny polsko-ruskiej" mogli się spodziewać, że napisze sztukę o polskości? Albo że będzie używać przedwojennego, wzniosłego języka? To wszystko znalazło się w sztuce „Między nami dobrze jest". Pisała o tym, że czy chcemy, czy nie, przeszłość jest ciągle żywa, II wojna światowa zapisana jest w murach domów. Nie da się ukryć, że warszawiacy jeżdżą tam i z powrotem po trupach. W sztuce babcia opowiada ciągle o wojnie, która wnuczkę, „metalową dziewczynkę", nic nie obchodzi. Ich świat jest jednym wielkim brakiem - nie jadą na wakacje, nie dzwonią komórkami, których nie posiadają, nie mają własnego pokoju, bo tu „każdy chce jakoś nie żyć". Bohaterki nie chcą być Polkami, tylko „normalnymi ludźmi", Europejkami. „We Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy, a tylko w Polsce jest Polska": I są skazane na nieistnienie. A tymczasem przeszłość jest jedyną rzeczą, która nie jest oszukana i spreparowana.

 

W nowej książce Masłowskiej Polski już nie ma. Jest lekko, zabawnie, ale Masłowska nawet w komediowej formie prześwietla współczesność, pokazuje, co dzieje się z nami i z naszym językiem. Bada nowe sposoby ucieczki od rzeczywistości.


Najpierw jest język. Z niego wyłaniają się postaci. Dwie bohaterki, jak z powieści „Chic lit", lekkiej kobiecej literatury. Farah i Joannę, przyjaciółki, jedna atrakcyjna i pociągająca, druga, Farah, samotna, niewydarzona i chuda. Majstersztykiem imitacji są ich rozmowy, które zahaczają się o jedno słowo i pączkują. Ale ten świat jest natychmiast poddany erozji, popsuty, bo obok trajkoczących dziewczyn, zaczytanych w piśmie „Yogalife", mamy zupełnie inne obrazy ze snu - zabity kot, nasiąknięte krwią nogawki od pidżamy.


To jest jednocześnie język snu i sen o języku. A rozmówki przyjaciółek przypominają złe tłumaczenie z angielskiego. Jakby amerykańską powieść ktoś przepuścił przez Google translatora. „Jestem zakochana w tym pomyśle" -mówi jedna, a potem zamawia „whisky na skałach". Rzeczywiście, język jest dziś pod wielkim naporem, przekształcają go narzędzia, jakimi się posługujemy: Facebook, Twitter, reklamy. Zanikają chociażby deklinacje. „Jako język efemeryczny, giętki, może być bardziej podatny na odkształcenia niż taki na przykład niemiecki, ścisły i uporządkowany. I może z konfrontacji z kulturą zachodnią wyjść w niespodziewanej odsłonie. Już jest tak, że dzwoni pani z Orange i mówi: Czy rozmawiam z panią Dorota Maslowska?" - mówiła Masłowska niedawno w wywiadzie dla POLITYKI.

Marzeniem dziewczyn jest należeć do trendy światka zwariowanych mło­dych ludzi. Siedzieć w Bad Berry (wszyst­ko dzieje się w bliżej nieokreślonym amerykańskim mieście), gdzie mają już nawet „przedłużone espresso dla psów i stoliki, gdzie psy mogą sobie usiąść ze swoimi MacBookami. To teraz szał: niby mają tylko trzy litery na klawiatu­rze (H, A, U), ale mają normalnie Firefoxa i twój pies może w chwili wolnej od za­bawy, nauki i zakupów oglądać filmiki na YouTube". Psi komputer „w ogóle ma fajny design, jest na niego mniej wirusów i jej pies dużo bardziej go sobie chwali od peceta, którego miał poprzednio".

 

Okrutnie portretuje artystyczny Światek: na wernisażu modni ludzie wyglądają, jakby wysmarowani klejem zanurkowali w kontenerach z odzieżą dla biednych. Ortopedyczne buty są tak brzydkie, że muszą kosztować 1000 dol., a największy szpan to stylizacja na „dziewczynę pielgrzyma" w czółenkach przeciwodciskowych. W tym świecie jest trendy mieć korzenie wschodnioeuropejskie, pochodzić gdzieś z byłej Jugosławii lub z Polski, tak jak jedna z bohaterek, niejaka Go. Z odległości ta Polska jest ojczyzną klusek „koplatek" i krajem smutnych bloków z widokiem na mur berliński.
Wszystkie postaci są przerysowane, marionetkowe, ale nie aż tak jak Stanisław Retro z „Pawia". Farah podobnie jak on przeżywa ostateczną kompromitację, ale w przeciwieństwie do tamtej porażki upadek Farah jest jakoś przejmujący. Może dlatego, że niemal każdy bywa czasem „banitą z krainy marzeń", coś sobie wyobraża na swój temat i innych ludzi, a rzeczywistość okazuje się zupełnie inna, brutalna. W pewien piątek Farah wybrała się na trendy wernisaż. (Masłowska cudownie opisuje terror piątkowej głupawki: „Strzeżcie się wszyscy niepijący, niepalący, nieatrakcyjni seksualnie, neurotyczni, zaburzeni, pogrążeni w depresjach, nieposiadający na Facebooku pięciu milionów przyjaciół. Starzy, karmiący piersią i niemogący się przez to nawalić"). Przez chwilę czuła się panią świata, ale już za moment czar i złudzenie własnej atrakcyjności prysło, spadła w największe upodlenie, ocknąwszy się w windzie w otoczeniu własnych wymiocin. Przy czym właśnie upokorzenie jest u Masłowskiej jakimś powrotem do rzeczywistości.

 

Wszyscy tutaj chcą być kimś innym, wyglądać jak z pisma kolorowego, mieć atrakcyjną wirtualną tożsamość, nawet syreny, które pojawiają się w snach Fa­rah, marzą, żeby się upodobnić do ludzi. Wszystko chce, żebyśmy przestali być sobą, świat nam oferuje przeszczep jaźni, przeszczep języka, a tymczasem jesteśmy, jacy jesteśmy: prawdziwe ciała nie są trendy, ale są prawdziwe.

„Od pewnego czasu głoszę pochwałę kompleksów i cierpienia jako wartości w życiu człowieka - mówiła Masłowska w wywiadzie dla POLITYKI. - Żyjemy w zalewie new agu, taniej amerykańskiej psychologii, w ramach której mamy obowiązek zapomnieć o kompleksach, bólu, winie, a inwestować w autopromocję i zakrzykiwanie swoich słabości. Jaka jest właściwie wartość w wypieraniu swojej winy, bólu, bezradności? Niestety, prawdopodobnie jako istoty zaprogramowane na szczęście, haj i bezbolesność za wszelką cenę, po prostu więcej kupujemy, generujemy większe zyski. Interesuje mnie też to, jak komputery, Internet zmieniają rzeczywistość. Najpierw był Photoshop, a teraz ludzie ciężko pracują na siłowniach i płacą dietetykom, by przekształcić swoje ciała na podobieństwo wygenerowanych komputerowo obrazków. Wydaje mi się więc, że kompleksy i cierpienie mogą się okazać niedługo wspaniałym potencjałem, takim przetrwalnikiem człowieczeństwa".

Masłowska ironicznie portretuje świat postrealny, z którego wyciekła rzeczywistość. Zamiast niej jest „przyjaźń przez Facebook, sport na konsoli, seks przez kamerkę, wychowywanie dzieci przez Skype'a". W tym wszystkim nagle wystarczy wsiąść do metra, żeby poczuć napór ciał innych, realnych ludzi. „Wszędzie uszy, zanieczyszczone pory, plamy wątrobowe, turbany, perfumy, zęby". Jest jeszcze jedna sfera, gdzie spotykają się ze sobą ludzie w świecie Masłowskiej - są to sny, a właściwie jeden sen, śniony przez wszystkich. Tak jakby bohaterowie usilnie uciekali od tego, co mówią im ich ciała i ich umysły. Jednak to wszystko do nich podświadomie wraca w formie snów.

Najciekawsze w tej książce są różne rejestry języka: popsuty język powieści dla kobiet, reklamy, koszmaru sennego. Jest i sama Masłowska, już nie jako didżejka, ale autorka, która męczy się przypisaniu. I męczy otoczenie. Ładny fragment opowiada o tym, jak trudno wytrzymać z osobami piszącymi, które tłoczą słowa. A kiedy postawią ostatnią „kroplę jadu i wisienkę z cyjanku, truchleją, zastygają przerażeni, zdruzgotani sobą, własną nikczemnością".Ta powieść jest modelem do składania, widzimy, jak maszyna języka rozpędza się, tworząc postaci i zdarzenia. A jednocześnie ta komedia w czasach, kiedy zaraz będzie można zrobić sobie przeszczep jaźni, brzmi oczyszczająco. I śmiechem przywraca właściwie proporcje.






 

« powrót