Ofiara pustki pokolenia - "Rzeczpospolita"

Nowa powieść Masłowskiej przynosi zawód, choć potwierdza talent obserwacyjny i językowy autorki - pisze Jacek Cieślak w "Rzeczpospolitej"

W autobiograficznej i autotematycznej części nowej powieści „Kochanie, zabiłam nasze koty" Masłowska w pewnym momencie pisze tak: „Ścisk w publicznych środkach transportu a metafizyczny lęk przed byciem inkorporowanym przez wielką ludzką grudę – to moja prelekcja, z którą będę jeździć po Stanach, jeśli nie pójdzie mi z tą książką".

Podobnie jak debiutancka, blokerska „Wojna polsko-ruska" (2002), nowa książka oparta jest na pomyśle postaci wyłowionych z rzeczywistości, wchodzących w interakcję z autorką. Różnica, czego świadectwem jest powyższy cytat, polega na tym, że Masłowskiej przytrafił się kryzys twórczy. Rok temu doszło do nieudanego spotkania z Krystianem Lupą, z którym miała przygotować spektakl „Poczekalnia O" na wrocławski Kongres Kultury. Nie udało się. Szkoda, że tego nie opisała.

Galaktyczne oczekiwania wobec pisarki wywindował dramat „Między nami dobrze jest" (2008), bodaj najlepsza polska sztuka po 1989 r. Masłowska obnażyła absurdy polskiej martyrologii, wieśniactwo naszego konsumeryzmu i autentyczną biedę. Pokazała polskie niemożności i polską fikcję. Prapremierę sztuki  wyreżyserował Grzegorz Jarzyna.

„Kochanie, zabiłam nasze koty" jest trzecią powieścią Masłowskiej po nieudanym „Pawiu królowej" (2006), który sportretował warszawkę. Fabuła jest mizerna. Można zażartować, że otrzymaliśmy reinterpretację „Ślubów panieńskich" Fredry.

Farrah i Joanna umawiają się, że już nigdy nie zwiążą się z mężczyznami, jednak Joanna po spotkaniu mało efektownego hungarysty angażuje się w nową miłość. Farrah przeżywa kolejny zawód w damskiej przyjaźni z Go, porzuconej przez narzeczonego, który okazał się gejem. W końcu musi się zdać na pełne cierpienia, fantasmagoryczne rozmowy z syrenkami. Te zaś od czasu freudowskiej analizy bajek Andersena są literacką maską homoseksualizmu oraz związanego z tym niedopasowania.

Pisarka nie chciała pewnie zawieść oczekiwań na prozę, jakiej jeszcze nie było. Ale portretując pustkę młodego pokolenia, którą ma pokonać joga, wegetarianizm, wolność i odmienność seksualna, sama padła jej ofiarą. Joanna jest banalna: „Niczym się nie interesowała i było jej z tym dobrze, słuchała najbardziej obmierzłych, oklepanych piosenek i nuciła je fałszywie, strzygąc swoje klientki: nie umiała gotować i oglądała w telewizji wszystko jak leci".

Z czasem satyra na banalność zaczyna być banalna i nużąca. Pisarkę nazbyt pochłonęła praca nad parodią bełkotliwego języka bohaterów, podyktowanego przez reklamę i magazyny lifestylowe („Niestety keczup jest TOTALNIE rakotwórczy" lub „Przy powiększeniu obydwu piersi lub powiększeniu penisa pomniejszenie mózgu gratis").

Naszą uwagę koncentrują fajerwerki stylistyczne, formalne i narracyjne. Skądinąd udane. Do końca nie wiemy, czy samotna Farrah jest snem Joanny, czy na odwrót – kto kogo wymyślił i czyją jest fantazją. Do momentu, gdy na stronach powieści pojawia się sama Masłowska i wykonuje piękną narracyjną pętlę.

Pełne bólu ostatnie rozdziały są najlepsze. Parodiując parodystyczny język autorki, chciałoby się powiedzieć: ich klasy nie przysłoniły billboardy pisarskiej autopromocji.

Głównym tematem jest tu samotność: „Kochasz się z kimś i myślisz już (...) że spalisz tę samotność (...) tymczasem: on tylko wstaje i idzie do łazienki się wysikać, a ty leżysz i patrzysz na zwały celulitu, które niegdyś były twoimi udami".

Ta i inne sceny są idealnym scenariuszem nowoczesnej, komputerowo-fabularnej animacji, jakie oglądaliśmy w ekranizacji „Wojny polsko-ruskiej", wyreżyserowanej po mistrzowsku przez Xawerego Żuławskiego.

O „Kochanie, zabiłam nasze koty" mówi się jak o opowieści, w której Masłowska chce uciec od Polski. Ale polski temat pojawia się choćby w wątku Goshy, mylącej nasz kraj z Jugosławią, co dla nikogo nie ma większego znaczenia. Dla czytelników też. Przecież w globalizującym się świecie, życie dwudziesto- i trzydziestolatków wszędzie jest podobne.

Dlatego książkę można odebrać jako wyraz zmęczenia zachodnią cywilizacją i jednoczesnym brakiem alternatywy. Nie da się wykluczyć, że wywołana tym depresja dopadła autorkę podczas stypendium w Berlinie, gdzie wyjechała zmęczona polskim piekłem. Szybko wróciła, bo wszędzie jest jakieś piekło.

Problem czytelniczek, a zwłaszcza czytelników Masłowskiej, polega na tym, że kolejnej satyry na nudę Facebooka, puste rozmowy o modzie, jedzeniu, higienie, diecie i karaoke – nie wytrzymają. Czas wymyślić coś nowego. Na razie wykłady o transporcie publicznym pisarce jeszcze nie grożą. Wielka ludzka gruda jej nie inkorporowała.

 

Wydawniczy transfer

„Kochanie, zabiłam nasze koty" to pierwsza książka Doroty Masłowskiej wydana przez prestiżowe wydawnictwo Noir sur Blanc. W jego katalogu są tytuły Sławomira Mrożka, Stanisława Jerzego Leca, Umberto Eco, Henry'ego Millera czy Charlesa Bukowskiego. To transfer roku. Wcześniej Masłowska wydawała książki w niezależnej oficynie Lampa i Iskra Boża. Jej nakładem ukazał się w 2002 r. m.in. debiutancki bestsseller „Wojna polsko-ruska", który kupiło ponad 150 tys. czytelników. Po premierze filmu według powieści rozeszło się dodatkowych 17 tys. egzemplarzy W tym roku ukaże się wznowienie „Wojny" nakładem Lampy, z którą autorka pozostaje w przyjacielskich relacjach. Powodem przejścia do Noir Sur Blanc był m.in. upadek dystrybutora książek Lampy, co naraziło na straty wydawnictwo i pisarkę. Noir sur Blanc było wcześniej wydawcą francuskojęzycznych tłumaczeń Masłowskiej. —j.c.

 

Dorota Masłowska, "Kochanie, zabiłam nasze koty", Noir Sur Blanc, 2012

« powrót