"Dorota Masłowska: Polska do mnie nie mówi" z Dorotą Masłowską rozmawiają Piotr Bratkowski i Olga Bryska - "Newsweek"

Piotr Bratkowski (Newsweek): Co myślisz o tej 18-letniej Masłowskiej, która zadebiutowała „Wojną polsko-ruską” i odniosła gigantyczny sukces? Co po niej zostało?


Dorota Masłowska: Nie chciałabym już nigdy nią być! Ten sukces pozwolił mi na wykonywanie zawodu pisarza, który – jak sądzę – jest zgodny z moimi predyspozycjami. Ale ten okres był bardzo dla mnie trudny i bezsensowny, i otwieranie puszki Pandory ze wspomnieniami o nim mnie nie kusi...
 

Piotr Bratkowski (Newsweek): A wtedy dobrze się ze sobą czułaś?


Dorota Masłowska: Źle.

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Takie odniosłem wrażenie, gdy poznaliśmy się wtedy na kameralnej pijatyce u naszego wspólnego przyjaciela – i twojego dotychczasowego wydawcy – Pawła Dunina-Wąsowicza. Z jednej strony „ta Masłowska”, cudowne dziecko polskiej literatury: niewiele pije, w ogóle się nie odzywa. A obok – grono mniej lub bardziej starszych facetów, którzy grzeją się w cieple twojego młodzieńczego sukcesu. Jakoś mnie ta sytuacja żenowała, wyobrażałem sobie, że musisz się okropnie czuć.


Dorota Masłowska: Nie ogarniałam tamtej sytuacji, po prostu źle się czułam, byłam jak zwierzątko, zdezorientowane i usiłujące gryźć. Wydaje mi się zresztą, że przez te 10 lat – to przecież nie jest koszmarnie dużo – zmieniło się tak wiele, że to pokryta pajęczyną epoka. Nie potrafię też powiedzieć, na ile jestem podobna do tamtej osoby, choć chyba mam podobny tembr głosu. W przyszłym roku kończę 30 lat i te ostatnie dziesięć ogromnie mnie zmieniło.

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): A teraz się boisz?


Dorota Masłowska: Czego?

 

Olga Byrska (Newsweek): Poszła w ruch machina związana z publikacją twojej nowej książki „Kochanie, zabiłam nasze koty”. Książki jeszcze nie ma, ale już są pierwsze opinie, zaczynają się wywiady...


Dorota Masłowska: Nie, przechodziłam przez to już kilka razy, nie wpadam w panikę. Ale nie mogę też powiedzieć, że to dla mnie czysta emocjonalnie sytuacja. Męczę się w niej w jakiś sposób, ale też z ciekawością obserwuję stadia tej męki i jej odcienie, posmaki. Po prostu interesuję się tym, jak człowiek upadla się w świetle rampy (śmiech).

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): W jakim sensie: upadla się?


Dorota Masłowska: Media zawsze przedstawiają rzeczywistość obrobioną, obraną ze skórki, z chropowatości. I wchodząc z nimi w konszachty, trzeba się samemu ładnie wygładzić i obrać ze skórki, i ustawić pod aparat, żeby zostać zrozumianym, uznanym za fajnego. Uważam, że to odbiera człowiekowi wiele godności. Ale jednocześnie obserwuję to z ciekawością...

 

Olga Byrska (Newsweek):  Przeprowadzasz doświadczenie na samej sobie czy raczej realizujesz taką umowę społeczną: no dobrze, napisałam książkę, więc teraz muszę o nią zadbać?


Dorota Masłowska: Teraz po prostu zapraszam do dyskusji, bo sama jestem jej ciekawa. Ale gdzieś głęboko jest to dla mnie bardzo męczące – jak pewnie dla każdej wrażliwej osoby.

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Po twoich poprzednich powieściach wybuchały skandale. Na temat „Wojny polsko-ruskiej” i „Pawia królowej” uważali za stosowne wypowiedzieć się ludzie, którzy zwykle nie debatują o książkach, ba – niekoniecznie je czytają. Po dość długiej przerwie, pompującej balon oczekiwań, wydajesz powieść kameralną, wyciszoną. Nie boisz się braku skandalu?


Dorota Masłowska: Zrobiłam to z premedytacją. Poczułam się zmęczona rolą przymusowego komentatora naszego tu i teraz. Ta maska mi ciążyła i pociłam się pod nią. Zdjęcie jej było wielką ulgą. Nowa powieść była dla mnie wspaniałym aktem literatury ostentacyjnie niezaangażowanej. Jest prowokacyjnie, skandalicznie niezaangażowana!

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Wydrążyłaś ją z polskich realiów, umieściłaś w jakiejś quasi-amerykańskiej rzeczywistości. Celowo?
Dorota Masłowska: Tak. Polska przestała do mnie cokolwiek mówić. To z pewnością jest epizod, bo na dłuższą metę nie da się uprawiać takiego pisania. Potrzebowałam jednak takiego eksperymentu: czy da się napisać książkę po polsku, ale bez Polski?
Rezultat: da się, ale jest to bardzo trudne (śmiech).

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Wiem, że męczyłaś się z tą książką i jak zwykle wprowadziłaś do niej postać sfrustrowanej Masłowskiej. Czy właśnie dlatego, że Polska przestała do ciebie mówić?


Dorota Masłowska: Nie jest moim długofalowym planem, by w każdej z książek umieszczać siebie. Po prostu, gdy postanawiam za pomocą pisania zrobić panoramiczne zdjęcie światu, widzę gdzieś tam siebie, swój aktualny stan ducha osoby piszącej książkę. Jestem na tym zdjęciu i męczę się, ale jednocześnie uważam, że ta udręka jest ciekawa, dopełnia całości obrazu. Ten stan nie jest do odrzucenia, tylko do laboratoryjnego przebadania.

Olga Byrska (Newsweek):  W jednej z rozmów mówiłaś o nieprzetłumaczalności swojej prozy. Zapowiadałaś, że chcesz teraz sprawdzić, co z twojego pisania jest – na poziomie językowym – uniwersalne. Udało się?


Dorota Masłowska: Paradoksalnie ta książka może okazać się jeszcze bardziej nieprzetłumaczalna od poprzednich. Czy ktoś pokusi się o tłumaczenie języka, który jest niemal identyczny z naturalnym, ale występują w nim drobne przekłamania, subtelne zgrzyty? Boję się, że nie każdy tłumacz – a znam ich wielu – w ogóle je zauważy. Wydaje mi się, że osoby o różnym stopniu wrażliwości na literaturę będą tę powieść czytać na różnych poziomach. Nie wszyscy muszą zauważyć, że tam w ogóle jest coś nie tak z językiem, z realizmem...

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Myślisz, że te wszystkie frazy – wzięte jakby z mentalnego śmietnika: trochę z Pudelka, trochę z New Age’u – mogą być odebrane w dobrej wierze, jako naturalny język?


Dorota Masłowska: Tak Sądzę, że ta książka może zostać przez naiwnego czytelnika odebrana dosłownie: jako opowieść o samotnej dziewczynie.

 

Olga Byrska (Newsweek):  Trzy bohaterki „Kochanie, zabiłam nasze koty” są pełne frustracji, neurotyzmów…


Dorota Masłowska: … a jednocześnie trudno przejąć się ich problemami, bo są kompletnie marionetkowe i trudno się z nimi zidentyfikować, zaangażować w ich motywacje. Czy poważny człowiek może się zaangażować emocjonalnie w pozytywkę? (śmiech).

Piotr Bratkowski (Newsweek): Bardziej tym dziewczynom współczujesz czy bardziej patrzysz na nie przez mikroskop, jak na dziwne okazy?


Dorota Masłowska: Mikroskop jest trafnym określeniem. Po pierwsze, bardzo ciekawią mnie takie niezbyt głębokieosoby, uważam, że jest w nich coś psychodelicznego. A po drugie, interesuje mnie proces rekonstruowania takiej psychiki. Wciągnęło mnie to jak szycie marionetek ze szmatek: kulawych, slapstikowych... Czy nie jest tak, że film, animacja, komputerowe gry infekują nasze narracje, sposób, w jaki opowiadamy o sobie i świecie? Ta książka ma wiele takich filmowych rozwiązań, np. nie robię bohaterce 40-stronicowej psychoanalizy, tylko ona po prostu co kilka stron używa żelu antybakteryjnego.

 

Olga Byrska (Newsweek):  Inna bohaterka, Joanne, to jedyna w miarę szczęśliwa postać. Czy dlatego, że jest najmniej siebie świadoma?


Dorota Masłowska: Sceny z Joanne kojarzą mi się najbardziej pozytywnie. Świat przy niej staje się pogodny – owszem, nadal jest trochę głupi i obrzydliwy, ale jest też barwny i zmysłowy. Joanne kojarzy mi się przyjemnie i stanowi raczej pochwałę bezmyślności niż głupoty (śmiech).

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Dla mnie to książka trochę z ducha Milana Kundery. Nie tylko dlatego, że opowiada o „nieznośnej lekkości bytu”.


Dorota Masłowska: Nieznośna lekkość bytu – rzeczywiście. „Koty” to książka pozbawiona uzasadnienia, nieopisująca żadnego ważnego problemu, z jakim zmagają się ludzie na planecie Ziemia. Dla mnie było to ciekawe: zrobić zdjęcie rzeczom nieważnym. Śmieciowe umowy i śmieciowe problemy. Wielu ludzi – także z mojego bliskiego otoczenia – żyje takimi rzeczami. Że to i tamto jest napisane na Facebooku, że nie wolno jeść ziemniaków. To nagminne, to nas otacza i nikt nie robi temu zdjęć. Zdjęcia robi się narkomanom, sierotom, zabytkom, kobietom robiącym aborcję. A kobietom, co walczą z drugim podbródkiem albo nałogowym kupowaniem ubrań – nie, choć ich wysiłki są równie rozpaczliwe. To mnie naprawdę w tej chwili interesuje, a nie antysemityzm i ksenofobia. Więc chciałam tym swoim zainteresowaniom wyjść naprzeciw.

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Myślisz, że nie zostaniesz wciągnięta w żadną debatę publiczną?
Dorota Masłowska: Oczywiście zostanę, bo ta książka jest dość ostentacyjna.

 

Olga Byrska (Newsweek): Powtarzasz często, że czytanie staje się coraz bardziej ekskluzywne – wymaga nakładu sił, czasu, skupienia. Przekaz pisarza odbiera coraz mniejsze grono czytelników. Masz poczucie, że robisz coś coraz mniej ważnego?


Dorota Masłowska: Kiedy w 2002 roku wydałam „Wojnę”, znaczenie literatury w sferze publicznej było dużo większe. Książki wywoływały jeszcze ogólnonarodowe dyskusje, nagrody literackie – wstrząs, kłótnie, debaty. Pisarz był postacią innej szacowności, być może ja to zniszczyłam
(śmiech)...

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): „Innej szacowności” – co przez to rozumiesz?


Dorota Masłowska: Że był osobą czcigodną, obdarzoną doświadczeniem życiowym i zdolnością do generowania wyważonych opinii. Po dziesięciu latach literatura staje się niszą, anachronicznym hobby. Czy mnie to tak bardzo boli? „Wojna polsko-ruska” sprzedała się w nakładzie chyba 150 tysięcy egzemplarzy, ale nie policzysz, ile osób kupiło ją na fali ogólnonarodowej sensacji. A potem rzuciło nią po prostu o ścianę z powodu niemożności tej sensacji zgłębienia...

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Od pewnego czasu powtarzają na mieście, że Dorota Masłowska przestała być kontestatorką, a stała się konserwatywną obrończynią wartości. Co ty na to?


Dorota Masłowska: Nie mam nic przeciwko. Myślę, że to bardzo wywrotowe. W Warszawiewalka o prawa gejów do małżeństwa, rozrachunek z polskim antysemityzmem czy opowiadanie się za prawem kobiet do aborcji uchodzi za znak nie tylko politycznej niepoprawności, ale i umysłowej odwagi. Tymczasem to zestaw najbardziej oczywistych, miałkich wręcz komunałów, w dodatku przyjmowanych bezrefleksyjnie i do zrzygania poprawnych. W takim świetle obrona konserwatywnych wartości jest jedyną alternatywą wobec
milczenia.

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): A czym jest wobec tego patriotyzm?


Dorota Masłowska: W kontekście mojej nowej książki to ważne pytanie. W świecie, który tak bardzo zaciera granice geograficzne i tożsamościowe, w którym miasta przestają się czymkolwiek różnić, w którym młodzi ludzie mówią kilkoma językami i mają cudzoziemskich partnerów, Polska przestaje być ważna – tu się wraca na pierogi i ogórki, ale to wszystko. Myślę, że to właściwy moment do zadania sobie pytania: co to znaczy „być Polakiem?” i nawet nie – na ile to nas determinuje, ale na ile mamy tego świadomość. Bo że determinuje w ogromnym stopniu, to pewne.
Skądinąd ciekawe, że takie pytania prowokuje książka, która miała być moją ucieczką z Polski. To są rzeczy, które mnie bardzo interesują, ale potrzebuję takich tricków, jak powieść dziejąca się w Ameryce, by złapać inną na to perspektywę.


Olga Byrska (Newsweek):  Czy czymś jeszcze cię ta książka zaskoczyła; czymś, czego nie spodziewałaś się, gdy zaczynałaś ją pisać?


Dorota Masłowska: Kiedy ją czytam, życie wydaje mi się bardzo barwne. Dziwię się, że jest taka pogodna (śmiech).

 

Piotr Bratkowski (Newsweek): Pogodna? W „Żarcie” wspomnianego Kundery jest scena, gdy bohaterka chce popełnić samobójstwo, a jej ekskochanek podmienia tabletki– z nasennych na przeczyszczające. Bohaterce nawet tragizm podmieniono na żenujące siedzenie na sedesie. Scena, w której pełna antybakteryjnych fobii Farah zostaje sama z zapchlonym kotem, zostawionym jej przez niedoszłą przyjaciółkę, jest równie rozpaczliwa...


Dorota Masłowska: No może... Rzeczywiście brak tu zakończenia, które rozładowałoby sytuację: uratowało bohaterkę od upokorzenia i oczyściło czytelnika z patrzenia na nie.

 

Olga Byrska (Newsweek):  Jesteś w stanie pisać podczas kampanii promocyjnej, ciągłych rozmów z dziennikarzami, czytelnikami?


Dorota Masłowska: Ciekawią mnie te dyskusje, ale kiedy wracam do domu, nie zostaje we mnie nic, o czym mogłabym jeszcze świat poinformować. Ale widzę, że po epizodzie tak intensywnego pozorowania niebycia Polką mam inne spojrzenie na polską rzeczywistość. Widzę ją jako obcą, więc intryguje mnie jak kraj niemal egzotyczny. Myślę więc, że ciężar bytu jeszcze wróci do moich książek (śmiech).

« powrót